title

Jak wygląda podstawowy kurs nurkowania oczami kursanta?

Podstawowy kurs nurkowania oczami kursanta

02 Mar 2014, Posted by admin in Bez kategorii, CZYTELNIA

Kurs nurkowania oczami kursanta

Mówi się, że na wszystko w życiu przychodzi czas.

Trochę patetycznie brzmi ten początek, ale w przypadku „mojego pierwszego szkolenia nurkowego” tak właśnie było. Przyszedł na niego czas. Po prostu.

Właściwie od kilku dobrych lat tytułowe nurkowanie było cały czas blisko mnie. Moi najbliżsi znajomi i przyjaciele nurkowali, robili kursy, szkolili się, wyjeżdżali, rozmawiali, planowali kolejne wypady nurkowe.

A ja trochę obok nich. Słuchałam, chłonęłam teorię, przyglądałam się, obserwowałam. Doszło do takiego momentu, że wszyscy się śmiali, że jestem nurkiem – teoretykiem, cały czas ….. bez kursu, rzecz jasna.

 

W dalekiej Australii, za namową moich towarzyszy podróży, spróbowałam pierwszy raz zejść pod wodę. Trochę bez przekonania, z ciężarem obaw wbiłam się w piankę. „Być w Australii i nie zobaczyć (podobno ?!) najpiękniejszej rafy koralowej na Świecie – to jakby grzech” – pomyślałam wtedy.

Z samego nurkowania pamiętam piękne, kolorowe obrazy. Zero teorii, wiedzy o sprzęcie ani większego pojęcia o zasadach nurkowania. I zarówno to dziewicze australijskie nurkowanie, jak i kolejne odbyte w Dahab w 2010 roku, odbieram tak samo. Nie wolno było być w takim miejscu i przegapić okazji do zwiedzenia podwodnego świata. Zatem w obu przypadkach wykorzystałam szansę i spróbowałam.

Podobało się. Owszem. I nawet obiecywałam sobie, że po powrocie czym prędzej zapisuję się na kurs. Ale jakoś tak – nadal z tym nurkowaniem nie było mi po drodze.

Minęło sporo czasu. I chyba trochę na przekór wszystkim, trochę na złość, trochę żeby coś sobie udowodnić, we wrześniu 2013 roku pojawiłam się na podstawowym kursie nurkowania PADI OWD.

Zaczęliśmy spotkania teoretyczne, na których instruktor rzetelnie i jasno omawiał z nami podstawowe zasady nurkowania. Poczułam się trochę jak w szkole. Trochę fizyki, trochę chemii, odpytywanka, teściki, sprawdzanie przyswojonej wiedzy. Szło całkiem, całkiem nieźle.

Już po pierwszych wykładach rozpoczęliśmy zajęcia basenowe. Oczywiście wszyscy nie mogli się doczekać wody. Pierwsze samodzielne składanie i rozkładanie sprzętu. Pierwszy KOKOS – czyli obopólne partnerskie sprawdzanie sprzętowe. I pierwsze w moim przypadku zupełnie świadome zanurzenie. Dlaczego świadome? Wiedziałam czym jest to inflator, jak się nim posługiwać, przynajmniej w teorii poznałam jak poprawnie oddychać. Posiadałam wiedzę jak za pomocą znaków nurkowych zakomunikować partnerowi co się dzieje, ile mam powietrza. Zajęcia basenowe upłynęły nam na próbach utrzymania poprawnej pływalności, różnego rodzaju ćwiczeniach samodzielnych oraz partnerskich. Wszystko przy salwach śmiechu, ale też i chwilach skupienia, gdy ćwiczenia nie poszły tak jakby tego oczekiwano.

I tak pewnego dnia po ostatnim z zajęć na basenie, nasz instruktor ocenił, że czas zmierzyć się z „wodami otwartymi”. Co to oznacza dla kursanta? Nic innego jak zdać egzamin z części teoretycznej oraz praktycznej. Był już październik, więc najdogodniejszym miejscem okazał się Zakrzówek – zalany kamieniołom, czyli mekka nurków na południu Polski.

W tym urokliwym i wyjątkowym miejscu byłam nie raz, ale zazwyczaj jedynie towarzysko. Teraz miałam tam jechać – zdać egzamin pod wodą, czyli wykonać cztery nurkowania zaliczając wszystkie wymagane ćwiczenia.

Jeszcze przed wyjazdem pisanie testu – egzamin teoretyczny.. Utrwalenie poznanej teorii. Szybkie sprawdzenie. Zaliczony. Uff.

Mimo obaw i lekkiej paniki – wszystko poszło bardzo dobrze. Dwa sobotnie nurkowania wykonane prawidłowo, we właściwym czasie, zgodnie z planem. Udało się nawet opanować problem różnicy ciśnień. I mimo wciąż niedoskonałej pływalności: góra – dół – góra – dół – (jak zaczniecie nurkowanie będziecie wiedzieli o czym mówię) wszystko zakończyło się pomyślnie. Po wyjściu ogromna satysfakcja i chwila na wymianę doświadczeń. „O jaka ścianka, a te ryby, platforma, widziałeś zatopiony komputer, inni nurkowie …. ”. Pogoda dopisała, więc na krakowskim nurkowisku dużo ludzi. Panuje atmosfera pikniku, choć wszystko ma tu swój czas i miejsce. Nurkowanie, przerwa, ładowanie butli, czas na ciepły posiłek i rozmowy, rozmowy, ktoś tu kogoś spotkał, zagadał…

W niedzielę ostatnie dwa nurkowania. Już większa swoboda, mniej strachu. Więcej przyjemności. Choć do wykonania trudne ćwiczenia – nie na żarty. Instruktor chyba zadowolony.

Po ostatnim nurkowaniu to na co czekamy – jaki jest wynik Instruktorze?

„Gratuluję! Witamy Panie w gronie nurków!”.

Ktoś w wiacie obok usłyszał, że zdałyśmy i bije brawo. Też tak zaczynał. Chce nas bić płetwą po tyłku – to taki nurkowy chrzest … Jakoś się bronimy – kończy się na miłych słowach i uściskach.

Co za przyjemne uczucie. Melduję, że zrobione Panie Kapitanie! „Done!”, jak mówią Amerykanie.

Siedząc w tej nurkowej wiacie nad brzegiem wody myślę, że niepotrzebnie zwlekałam tyle czasu. Czuję, że trochę mnie ominęło. Czekam zatem na wiosnę albo na wyjazd w ciepłe kraje… Dla początkującego nurka – sezon nurkowy w Polsce raczej się skończył.

Co mogę rzec na koniec? Nie było trzeba tracić tyle czasu na podjęcie ostatecznej decyzji. Spontaniczności więcej, czego Wam Moi Czytelnicy szczególnie podczas przygody nurkowej bardzo serdecznie życzę!

Kurs nurkowania oczami kursanta