title

FILIPINY - RAJ NA ZIEMI

FILIPINY – RAJ NA ZIEMI

11 Sty 2016, Posted by admin in Fotorelacje

Gdy tylko padł pomysł wyjazdu na Filipiny, od razu wiedzieliśmy, że to strzał w dziesiątkę!  Daleko, egzotycznie, fantastyczne widoki podwodne – to był obiecująco zapowiadający się wyjazd życia. Dlatego już w listopadzie kupiliśmy bilety na wyjazd z końcem lutego. Wtedy zaczęło się wielkie odliczanie…

Filipiny są, wyspiarskim krajem w Azji Południowo-Wschodniej, położonym na archipelagu około 7 tysiąca wysp, z czego tylko 860 jest zamieszkanych. Największym magnesem przyciągającym turystów w te rejony są plaże oraz ocean, kryjący w sobie rewelacyjną rafę koralową.

Przed podróżą należy oczywiście się odpowiednio przygotować i zabezpieczyć na różne ewentualności, gdyż pomoc medyczna na niektórych wyspach jest mocno ograniczona lub nawet nie ma jej w ogóle. Warto jednak przed, pomyśleć o kilku niezbędnych rzeczach:

  • szczepienia – konieczne są szczepienia na WZW A, WZW B, tężec, błonicę, polio, krztusiec, dur brzuszny. Jadąc w niektóre rejony potrzebne są też leki na malarię, więc warto to sprawdzić aktualne zalecenia medycyny tropikalnej. Nasza wyprawa była akurat w rejonach, gdzie nie ma zagrożenia tą chorobą. Szczepienia częściowo są połączone, czyli jedno szczepienie na kilka chorób, bolesne nie są, więc warto zainwestować. Najlepiej, aby wszystkie dawki zakończyć na około 4 tygodnie przed wyjazdem
  • ubezpieczenie –  to jest kwestia obowiązkowa! Jeśli nurkujemy, to zdecydowanie warto wykupić ubezpieczenie nurkowe DAN (jest ono na 1 rok i obowiązuje również w Polsce, więc to inwestycja na dłużej niż jeden wyjazd). Jeśli nie nurkujemy wystarczy standardowe ubezpieczenie u jednego z polskich ubezpieczycieli.
  • leki – ponieważ jest tam mało szpitali i lekarzy, to zalecamy zaopatrzenie się we wszelkiego rodzaju leki (przeciwbólowe, przeciwbiegunkowe, przeciwzapalne, antybiotyki, plastry itp.)

Żeby wjechać na Filipiny nie potrzebujemy żadnej wizy, więc tego nie musieliśmy ogarniać. Podczas naszego lotu mieliśmy około 8 godzinny przystanek w Hong Kongu i tam również bez wizy mogliśmy opuścić lotnisko i wykorzystać ten czas na zwiedzanie. Wiem jednak, że w przypadku przystanku w Moskwie wiza już jest potrzebna, dlatego warto to również sprawdzić, jeśli na planie podróży macie dłuższy postój.

,

W końcu naszedł ten wyczekiwany przez nas dzień i rozpoczęła się nasza podróż do raju. Ruszyliśmy z Warszawy, przez Amsterdam, Hong Kong z dłuższym przystankiem i zwiedzaniem największego pomnika Buddy na powietrzu i w końcu finalnie do Cebu. Nie było to jednak koniec. Dalej czekała nas jeszcze 4 godzinna wyprawa busem oraz dwiema łódkami. I takimi oto sposobem dotarliśmy do naszego pierwszego celu, czyli malowniczej i prawie bezludnej wyspy Malapascua. Jest ona położona na Morzu Visayan, ma zaledwie 2,5km szerokości oraz 1 km długości. Nie ma na niej dróg ani ruchu kołowego a spacer dookoła trwa zaledwie 3 godziny – to prawdziwy raj, nie potrzeba photoshopa, żeby zdjęcia wyglądały cudnie. Jeśli ktoś nie lubi typowo turystycznych lokalizacji, tłumów i chce odpocząć od zgiełku miasta, to jest to miejsce dla niego.

 

Nasze nurkowania mieliśmy zorganizowane w bazie nurkowej, na terenie której również mieszkaliśmy. Pokoje czyściutkie, baza dobrze zorganizowana, widoki piękne, załoga sympatyczna – wszystko czego potrzeba.

Pierwsze nurkowania były na rozpływanie. My musieliśmy zapoznać się z otoczeniem, zaaklimatyzować a przewodnik mógł ocenić poziom grupy. Widoki pod wodą oczywiście bajeczne!!! Kilka tak zwanych nurkowych “must see”, jeśli traficie na Malapascuę.

GATO ISLAND

Po prostu pięknie, cudownie i w zasadzie moglibyśmy tam robić wszystkie nurki! Gato jest malutką, niezamieszkałą wysepką, którą przecina podwodny tunel i tą drogą możemy przepłynąć na drugą stronę. W tunelu mnóstwo życia, krewetek, langust itp. U ujścia tunelu czekała nas niespodzianka, ponieważ krążył tam około 2m rekin white tip. W takich sytuacjach gasimy latarki, klękamy na dnie w bezpiecznej odległości i staramy się nie zwracać na siebie uwagi. Dzięki temu mogliśmy poobserwować rekina aż w końcu odpłynął. Adrenalina była, ale to jeszcze nie był koniec! Dalej spotkaliśmy koniki morskie, w tym nawet jednego pigmejskiego, który był w ogóle niezauważalny dla niewprawnego oka, a także kilka mątw tańczących na piasku – po prostu czad!

 

KALANGGAMAN

Kalangaman to piękna, bezludna wyspa w okolicy, której nurkowaliśmy. Charakteryzuje się łachą piachu wychodzącą w morze – z jednej strony są silne prądy, fale i kotłująca się woda a z drugiej cisza, spokój i woda jak lustro. To naprawdę robi wrażenie 🙂

 

DONA MARYLIN

Dona Marylin to statek, który zatoną w październiku 1988 roku z powodu tajfunu. Zginęło na nim niecałe 400 osób a ocalało zaledwie około 140. Nurkowanie na wrakach jest zawsze bardzo ekscytujące, zwłaszcza na takich jak Dona Marylin. Mogliśmy zobaczyć pomieszczenie, gdzie znajdowały się silniki statku, przepłynęliśmy pokładem, zajrzeliśmy do kajut… Naprawdę magiczne miejsce a do tego cały wrak jest porośnięty glonami i koralami, co tylko dodaje mu tajemniczości. Na wraku zrobiliśmy tylko jedno nurkowanie, aczkolwiek sądzę, że robiąc drugie również byśmy się nie nudzili.

 

KOSOGONY

Jedna z bardziej ekscytujących wypraw, że nawet wstanie o 4 rano nie było żadnym problemem! Dużo łódek z nurkami, ale pod wodą nie jest tak źle jeśli chodzi o tłum. Są wyznaczone linami miejsca, których nie wolno przekraczać i wszyscy grzecznie się przy linach się ustawiają i obserwują. Widzieliśmy kilka rekinów, z różnych stron a na jednego trafiliśmy naprawdę blisko! Robiły wrażenie swoim pięknem, majestatycznymi ruchami i powiewającymi ogonami… Podobno mieliśmy szczęście, bo spotkaliśmy parę, która już 4 raz wybierała się na kosogony i dopiero tym razem udało im się je zobaczyć. My mieliśmy szczęście już za pierwszym razem i naprawdę, było warto!

 

Po tygodniu spędzonym na Malapescua czekała nas przeprawa na bardziej ludne Panglao. Po podróży powrotniej 2 łódkami i busikiem, czekała nas jeszcze przeprawa Ocean Jetem. Było to bardzo ciekawe doświadczenie – taki prom, który płynie znacznie szybciej i podróżuje się z kogutami w klatkach! Wesoło!

Na Panglao klimat już bardziej przypomniał nasze Władysławowo – dużo ludzi, knajpki przy plaży, bazarki z pamiątkami i możliwość płacenia kartą (na Malapescua honorowana była tylko gotówka!). Całkiem inna wyspa, ale dla każdego coś miłego, po tygodniu na końcu świata trochę towarzystwa nam nie przeszkadzało.

 

Tutaj również mieszkaliśmy w hotelu przy bazie, także zawsze mieliśmy blisko i wygodnie przed wyprawami. Obowiązkowe punkty nurkowe, to naszym zdaniem:

DIVERS HEAVEN

Jak sama nazwa wskazuje było to nurkowe niebo! Obiecano nam żółwie i było ich kilka! Na początku rzuciliśmy się na jednego biedaka, aby go obfotografować z każdej strony, a potem okazało się, że żółwie towarzyszyły już nam na każdym nurkowaniu. Nie zmienia to jednak faktu, że za każdym razem witaliśmy je równie entuzjastycznie. Niesamowite wrażenia robiły też ławice jackfishy. Udało nam się wpłynąć w ich środek i porobić naprawdę super zdjęcia a uczucie otaczających nas tysiąca ryb pozostanie niezapomniane. W tym miejscu robiliśmy kilka nurkowań i moglibyśmy robić jeszcze więcej, bo to naprawdę nie mogło się znudzić 🙂

 

OSLOB

Czekała nas prawie całodniowa wyprawa, wypłynięcie o 5 rano, 3 godziny płynięcia i w końcu są… Rekiny wielorybie! Nie nurkowaliśmy z nimi, gdyż powiedziano nam, że snurkowanie dostarcza więcej wrażeń. I była to prawda! Mieliśmy 30 min pływania wokół z 4 gigantycznymi rekinami wielorybimi, mającymi po około 7m długości. Ale spokojnie, one nie żywią się ludźmi, tylko planktonem, więc byliśmy bezpieczni. Chociaż pyski, którymi zasysają wodę mają rozstaw około 1m, więc nieuważni mogli zostać zassani do środka 🙂 Na szczęście wszyscy przetrwali a emocji starczyło nam na kilka kolejnych dni!

 

Będąc już tak daleko od domu, chcieliśmy zaznać nie tylko nurkowych atrakcji. Dlatego wybraliśmy się również na lądową wycieczkę, na której widzieliśmy małe wyraki (najmniejsze małpki świata), największego na Filipinach boa, z którym można było sobie zrobić zdjęcie a także zjazd tyrolką około 100 m nad dżunglą – to było coś!

Po tak intensywnych wakacjach niestety przyszła pora na powrót, również z kilkugodzinnym przystankiem w Hong Kongu i dzięki temu również zwiedzaniem miasta. Mimo pośpiechu udało nam się zobaczyć piękną panoramę miasta wieczorem – kilkudziesięcio piętrowe wieżowce naprawę robią wrażenie!

 

Myślę, że wszyscy uczestnicy wyjazdu będą zgodni w tym, że była to wyprawa do ziemskiego raju, zarówno pod kątem krajobrazów powierzchniowych jak i podwodnych. A liczne zdjęcia i filmy już dziś oglądamy z wielką nostalgią i skłaniają nas one do rozmyślania nad kolejną, wielką przygodą…

tekst: Paulina

foto: zanurzeni.pl